O mnie

Moje zdjęcie
jestem jaka jestem;) kto zna ten wie;)

sobota, 12 marca 2011

Imprezy czy nauka?


Większość studentów uważa, że imprezowanie nie wyklucza nauki. W końcu, co można robić, gdy nie ma sesji, a słowo kolokwium pojawia się na ustach wykładowców raz na jakiś czas.

Niektórzy poświęcają się urokom studenckiego życia, które rządzi się pewnymi znanymi powszechnie prawami, a inni spędzają wolne chwile bardziej pożytecznie działając w kołach naukowych, uczestnicząc w konferencjach, a nawet publikując swoje pierwsze referaty. Czy aktywność na polu naukowym przekłada się na późniejszy sukces zawodowy? A może nie warto rezygnować z imprez, żeby później jedynym wspomnieniem ze studiów nie były ściany biblioteki i opasłe tomiska na biurku? Czy istnieje ,,złoty środek” dla imprezowiczów, którzy chcą rozwinąć skrzydła w wybranej dziedzinie nauki?

Zacznijmy od początku, czyli od momentu, kiedy wybieramy kierunek, który studiujemy. Nie zawsze ten wybór jest poparty naszymi zainteresowaniami. Często decydujemy się studiować to, po czym nasze szanse na rynku pracy wzrosną, choć doskonale wiemy, że przez najbliższe pięć lat będziemy zakuwać matematyczne, chemiczne lub fizyczne wzory, których widok przyprawia nas
o mdłości. Jeśli jednak wybieramy kierunek zapewniający nie tylko dyplom i dobrze płatną pracę, ale także będący naszą pasją wzrasta prawdopodobieństwo, że będziemy zechcemy zgłębiać przedmiot naszych zainteresowań udzielając się
w kołach naukowych i na konferencjach. Czy będziemy musieli koniecznie zrezygnować z imprez? Otóż okazuje się, że nie!

- Moje życie studenckie było dość harmonijne. Nigdy nie byłem typem osoby ślęczącej nad książkami, a przeciętnie jedna impreza na tydzień była normą na studiach – mówi Adrian Szopa, młody doktor historii na Uniwersytecie Pedagogicznym.

Nie dla każdego studenta jedna impreza w ciągu tygodnia jest uznawana za standard.

- Imprezuję od czwartku do niedzieli, bo tak się złożyło, że w tym semestrze miałam wolne piątki. Nie mam w planach kariery naukowej, więc po co mam tracić czas na dodatkową naukę? – pyta Ania, studentka III roku socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Dla jednych uczenie się więcej niż jest wymagane do zdania sesji jest stratą czasu, a dla innych sposobem na jego wykorzystanie w sposób, który sprawia przyjemność.

- Już na pierwszym roku studiów złapałem bakcyla i czułem, że to jest coś, czym mógłbym się zajmować. O pracy na uczelni myślałem zaczynając drugi rok, a na trzecim tak kierowałem swoją ścieżką rozwoju edukacyjnego, żeby na jej końcu była praca na uniwersytecie. Duża też, w tym rola moich wykładowców, którzy dość szybko dali mi do zrozumienia, że przyzwoicie rokuję – opowiada doktor Adrian Szopa.

Pozostanie na uniwersytecie i zrobienie doktoratu zarezerwowane jest dla prawdziwych pasjonatów. Czy, więc osobom nie chcącym zostać na uczelni opłaca się brać udział w konferencjach naukowych, publikować swoje referaty lub działać w kole naukowym?

- Nie zamierzam pisać doktoratu, ale aktywnie działam w kole, które jest na moim wydziale, ponieważ organizuje wiele ciekawych akcji, projektów, warsztatów. Miałam okazję uczestniczyć w organizacji gali ,,Mediatorów” oraz warsztatach z reklamy – mówi Magda, studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Okazuje się, że można znaleźć ,,złoty środek” i pogodzić życie studenckie z własnym rozwojem naukowym tak, aby po latach wspominać studiowanie jako czas niezapomnianych imprez, a także przepustkę do dalszej kariery w wybranej dziedzinie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz